Wiosna, lato, jesień i zima, to idealny czas na moje ukochane góry. Uwielbiam spędzać wolne dni na zdobywaniu szczytów polskich gór. Tą pasją zapaliłem wiele nóg i serc, które razem ze mną wędrowały i nadal poszukują wyzwań. Kiedy tylko mogę zabieram ze sobą przyjaciół, znajomych, czytelników i gości, z którymi współpracuje.

Znam wiele sposób wykorzystania czasu każdego dnia. I choć kocham morze, to jednak wspinaczka wyzwala w mnie niesamowitą ilość endorfin, pomysłów i siły na kolejne działania. Pewnie dlatego jeszcze nigdy nie odmówiłem sobie tej przyjemności. Nie straszne mi deszcze, śniegi i upały. Tam przecież nie ma nic znaczenia, bo liczy się tylko wyznaczony cel.

Bywa, że wędruję sam. Lepiej poznaję siebie. I choć wtedy dość często rozmawiam ze sobą, to muszę przyznać, że są to bardzo twórcze rozmowy. Nawet bardzo mądre, bo któż zna mnie lepiej niż ja sam. W końcu jednak moje własne gadulstwo też mi przeszkadza i uznaję, że czas zamilknąć. Wtedy idę w ciszy wiele kilometrów. Bez myśli.

Przez wiele lat praktykowałem medytację. Różnie z tym bywało, bo wciąż walczyłem z myślami, emocjami i obrazami. Nie potrafiłem stać się obserwatorem, który nie ocenia, nie nazywa i nie walczy. Miewałem okresy przerw, bo nie mogłem pojąć, co robię nie tak. Czytałem, rozmawiałem i szukałem odpowiedzi. Znalazłem ją właśnie w górach.

Stan “bezmyślności” przyszedł właśnie podczas samotnych wędrówek, gdzie słyszałem tylko swój oddech. Wszystko było, a jakby nie było. W uszach dudniało serce. Mijałem innych, a może inni mijali mnie. Ciało stało się lekkie, choć przeszło kolejne wzniesienia. Widziałem piękno, choć zrozumiałem, że to piękno jest we mnie. Nie musiałem go oceniać, nazywać i wybierać. To wszystko tam było, jest i będzie.

Z powodzeniem przeniosłem tą umiejętność na medytację. Zacząłem też wyciszać myśli w ciągu dnia, gdy nie jest to konieczne. Choć to śmieszne, a nawet można powiedzieć “bezmyślne”, a podobno myślenie boli, to daje mi to większą wolność i swobodę. W ten ciszy widzę i słyszę to, co ważne i istotne. W chaosie wiele myśli ucieka, a pojawiają się te mające mieć dla mnie wsparcie.

Wówczas podobnie, jak dzieci widzimy to, co jest w tym momencie. Takie, jakie jest. Doświadczamy tego, czego ja w górach. Wówczas jesteśmy bliżej siebie. I choć początkowe wydaje się to trudne, a wręcz niemożliwe, to z czasem, gdy poszukujemy siebie, odnajdziemy tę ciszę. I choć czasami ten natłok wraca, to możemy już kontrolować nasze myśli, bo dziś pewnie jest inaczej.

Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się na szlakach górskich szczytów. Tam ludzie zawsze się do siebie uśmiechają i pozdrawiają. Pamiętaj, aby dać się ponieść ciszy, biciu serca i wdechom powietrza. To Twój czas, aby odetchnąć i zobaczyć wszystko z innej perspektywy.

🔝________________________________________________
Pamiętaj, że 365 DOBRYCH DNI jest projektem nowej książki. Możesz stać się jej częścią komentując, wyrażając swoje opinie lub opowiadając swoje historie. 😁
Szczególnie mile widziane ♥️
Dziękuję
Krzysztof Liegmann
#365dobrychdni